niedziela, 11 sierpnia 2019

BUM BUM BUM czyli to co tygryski lubią najbardziej ale o tym nie wiedziały 9-10.08.2019

BUM - Bardzo Uciążliwy MARSZ!!!
Były moje urodziny w lipcu, może to było dzień po, gdy Przemek nagle ni z tego ni z owego podesłał mi link do tego wydarzenia: BUM. Byłam zdziwiona, bo moje wcześniejsze propozycje, abyśmy się sprawdzili na takich długodystansowych trasach, były zbywane. Co się Przemkowi spodobało akurat w tym zdarzeniu - evencie? Kameralność i brak komercji. Tak nam się wydawało na początku i powiem Wam, że do końca tak zostało. Nie rozczarowaliśmy się. W każdym razie po moim: "tak zapisuj nas", Przemek wysłał maila z zapisem, no i nie było już odwrotu. Potem oczywiście przyznał się, że myślał, że jednak odmówię, bo  raczej szykowałam się na 50 km na pierwszy raz, a nie tak od razu na 70! Tak to była prawda. Brałam pod uwagę między innymi rożne wyrypy beskidzkie. Teraz decyzja zapadła. Opłata startowa przelana. Mieliśmy jakieś 3 tygodnie na przygotowanie jeszcze lepszej kondycji, wiec biegaliśmy co dwa dni. Jakoś tak się złożyło, że od kwietnia kiedy to byliśmy na malej wyprawie w Tatrach (Gęsia Szyja i Roztoka) przy okazji koncertu, nie było nas w ogóle w górach.  Ciężko uwierzyć ale czasem przyziemnymi sprawami też trzeba się zająć. Potem był wakacyjny, dwutygodniowy wyjazd nad morze. I tak zeszło aż do teraz.
Rajd miał mieć start i metę w Schronisku pod Muflonem, jednak nie udało nam się już zdobyć noclegów. Potem co prawda zwolniły się miejsca, lecz my już mieliśmy noclegi w Dusznikach, jak potem się okazało, raptem kilometr od Muflona. Plan był taki, że jedziemy w piątek po południu, start jest o 20.00, nocleg z soboty na niedzielę mamy zapewniony.
Organizatorem BUM-u jest Podgórze Kohlauer Tal - grupa miłośników Podgórza, a przede wszystkim Monika Maria Olech, która ufundowała rzeźbę (w miejscu nieistniejącej skoczni) Alfa Andersena, norweskiego mistrza olimpijskiego z 1928 roku, który skakał kiedyś na skoczni w Podgórzu (Duszniki-Zdrój) i działa na rzecz rozpropagowania historii tego miejsca..  
Organizatorzy marszu BUM w ostatnich tygodniach co jakiś czas uchylali rąbka tajemnicy i podawali kolejne odcinki trasy. Trasa miała przebiegać zarówno w terenach oznakowanych szlakami jak i poza szlakiem. Wówczas mieliśmy szukać i iść tam gdzie były oznakowania taśmami (biało czerwonymi i znakami BUM czyli prawdziwa bomba w grafice) :-). Było to o tyle ekscytujące, że jednak fajnie poznać miejsca poza szlakami. Z zapartym tchem czekałam więc na kolejne posty na Fb, próbując sama sukcesywnie, aczkolwiek bez sukcesu, odgadywać następne odcinki trasy.. Kiedy cała trasa już była gotowa popatrzyłam na przewyższenia i .... uuu mina mi trochę zrzedła. No takie niepozorne te górki przecież, a tu 2 i pół km przewyższeń! Na Fb w dodatku straszyli jakimś tam Wolarzem ... Dobrze że był na początku marszu ... Trasa jak już wiecie, zaczynała się o 20 godzinie wiec obowiązkowo latarki. Stwierdziliśmy, że nasze "decathlonowe" mogą nie podołać nocy w górach bystrzyckich i zaopatrzyliśmy się w latarkę bardziej profesjonalną i to był dobry pomysł. Kupiliśmy taką: Latarka czołowa Armytek Wizard USB z zimnym światłem udało się gdzieś w promocji za przyzwoita cenę. Latarka ma kilka trybów i w swej największej mocy turbo jest jak latarnia w środku lasu albo i lepiej, tryb średni wystarcza na nocne harce po lesie w zupełności. Latarka ma tez magnes oraz możliwość przypięcia do uchwytu rowera. :-) Druga sprawa to kijki kupiliśmy w końcu kijki do których przymierzałam się od zeszłego roku po naszym tygodniu w Beskidzie Sądeckim, Wyspowym i Pieninach. Zdecydowałam się na Black Diamond Trail. 
Kije trekkingowe Black Diamond Trail - picante
Potem oddałam kijki Przemkowi, a sobie kupiłam wersję damską w błękitno-miętowym  kolorze. W przypadku tras powyżej 25 kilometrów moim zdaniem sprawdzają się świetnie. Są też ogromnym wsparciem np. na Małej Fatrze gdy jest takie zejście jak na przykład z szczytu Gruń Południowy do chaty pod Gruniem. Kolana trzeba wspierać ;-)
Wracając do Marszu. W piątek mieliśmy wolne od pracy, aby się wyspać. W trasę ruszyliśmy o 14, już po 16 tej byliśmy w Dusznikach. Samochód mogliśmy zostawić tam gdzie mieliśmy kwaterę. Polecam, bo mimo skromnych warunków to byli bardzo mili gospodarze oraz pyszne śniadanie: Skałka. Rodzinny ośrodek wypoczynkowy. Ewelina Miech. Po 17 byliśmy już w Schronisku Muflon. Byliśmy tu pierwszy raz. Ten marsz był też okazją do poznania tych terenów, bo wcześniej jakoś tu nie trafiliśmy. Wcześniej Duszniki Zdrój i Zieleniec znaliśmy tylko z wyjazdów na narty. Po przybyciu zarejestrowaliśmy się tzn odhaczyliśmy się na liście, podpisy, regulamin i te sprawy. Dostaliśmy też przypinkę, że uczestniczymy w Marszu. 

Spisaliśmy ważne telefony, słuchaliśmy ważnych informacji np godziny otwarcia punktów-bufetów. Wszakże to najważniejsza wiadomość ;-)
 Popatrzyliśmy jeszcze na mapę.

Po zjedzeniu obiadu usiedliśmy na dworze schroniska i podziwialiśmy widoki, przyglądaliśmy się też coraz większej ilości przybywających osób. Schronisko zrobiło na nas miłe wrażenie. Jest blisko Dusznik więc podejrzewam, że w weekendy jest tu spora ilość osób. Oczywiście zorientowałam się, że nie zabrałam mapy z domu więc kupiłam kolejną laminowana. Okazuje się, że to całkiem nowa pozycja, że trochę pozmieniały się szlaki więc dobrze, że stało się, jak się stało ;-)
Wracając do marszu muszę dodać, że Bardzo Uciążliwy Marsz jest organizowany po raz drugi stąd może ta rewelacyjna kameralność. Limit to było 120 osoby. Zgodnie z informacjami oficjalnymi: "Impreza nie ma charakteru zorganizowanego. Jest dobrowolnym spotkaniem miłośników górskich wędrówek. Górska wędrówka ma na celu promocję regionu, a przede wszystkim wspólnie i radośnie spędzony czas. Marsz jest wydarzeniem rekreacyjnym pozbawionym jakiejkolwiek rywalizacji!
BUM to również wydarzenie charytatywne, a pieniądze z wpisowego posłużą na sfinansowanie infrastruktury na planowanym "Szlaku 8 Skoczni i sportów zimowych" .
Tak wyglądała podpisana "flaga" BUM:

Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal

Nasz podpis też jest po lewej stronie :-)

Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal

Przed startem wypiłam jeszcze pyszną herbatę z konfiturą. Robiliśmy zdjęcia.



 Tu za chwilę wszystko się zacznie:

Moje buty już by poszły ;-) ... ciekawe jak się spiszą ... Mam je już dwa lata i uwielbiam.


Im bliżej godziny startu tym większe emocje mną targały. I jakaś taka panika mnie ogarniała, przede wszystkim myśl że nie dam rady. O 20 tej po przemowie Moniki Marii Olech, która jak wspominałam jest główną inicjatorką i organizatorką tego wydarzenia, po grupowym zdjęciu, w towarzystwie głosów wuwuzeli, ruszyliśmy wszyscy śmiało po przygodę.


Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal



Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal
I ruszyliśmy. Najpierw w dół do Dusznik. Przechodzimy nawet koło naszej Skałki (noclegów). Kawałek główną drogą i w górę niebieskim szlakiem. Ciągle mijamy domy. Ludzie szykują się do spokojnego wieczoru, a tu idzie chmara dziwolągów, którzy zamiast snu preferują penetracje szlaków. ;-) Skręcamy na żółty szlak i zapalamy już latarki, gdyż wchodząc do lasu jest ciemno. Temperatura spada parę stopni ale nadal jest ciepło. Mijamy jeden z ostatnich przysiółków Dusznik: Bobrowniki, kawałek idziemy piękną, prostą drogą, prawie szosą, nagle skręt w lewo i zaczyna się podejście szlakiem czerwonym najpierw na Rudnik, potem na Wolarz. Idzie mi się wspaniale. Dookoła słyszę zmęczone, zasapane głosy, każdy ciężko oddycha a ja jakbym skrzydeł dostała. Cieszę się, że takie podejście jest na początku. Pokonuję wejście  na Rudnik bez żadnego zatrzymywania. Niestety orientuję się, że Przemek został w tyle. Czekam więc co jakiś czas na Przemka. Wolarza zdobywamy razem i nie wiem jak to się stało ale nie mam z niego zdjęcia :-( Ogólnie chcąc odchudzić jak najbardziej to co będę nosić na marszu,  zrezygnowałam z aparatu. Teraz żałuję, bo jednak lubię robić zdjęcia, a z komórki to jednak nie to samo. Na Kamienną Górę wchodzimy również razem. Na Kamiennej Górze jest punkt widokowy - w nocy nieprzydatny ;-)
 Potem odliczamy kilometry do pierwszej przerwy - pierwszego bufetu we wsi Pokrzywno.
Chwilę wcześniej mijaliśmy zabawne kozy:
 Które chciały zjeść moje paznokcie i palce ;-)
 Na pierwszym postoju mogliśmy się napić wody, dostaliśmy pyszne ciasteczka i aronie w dekstrozie. Na bufecie byli strażacy, a wszystko było fajnie przygotowane. Jedynie szerszenie nas trochę przestraszyły ale potem odleciały.
Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal
Posileni ruszyliśmy dalej żółto-czerwonym szlakiem - Szlakiem Tropicieli, potem Szlakiem Zbieraczy. Fajnie oznaczają te trasy w Bystrzyckich Górach. Nadal czułam się jak młody Bóg. Czułam, że to mój dzień, że dam radę.
Dopiero zejście na zielony szlak i bardzo strome zejście trochę mnie zmęczyło, więc cieszyłam się, że schronisko Jagodna było coraz bliżej.


Po rajdzie okazało się, że na tym kawałku sporo osób zgubiło szlak. My też przez chwilkę rozmowy, gdzieś przegapiliśmy właśnie zejście na zielony ale to było tylko jakieś 50 m. Spokojnie wróciliśmy i skręciliśmy tam gdzie trzeba. 
Miałam swój patent na to, by cały czas pamiętać o piciu. W telefonie miałam ustawioną aplikację Run log która nagrywała mój ślad i dawała znać dźwiękiem co kilometr. Wtedy własnie robiłam łyka lub dwa lub więcej, w zależności od potrzeb.
Końcowe podejście pod Jagodną (Spaloną) było całkiem zdrowe i strasznie zmęczyło Przemka. Okazało się, że całkiem spora grupa właśnie wychodziła po swojej przerwie ze schroniska, kiedy my do niego zmierzaliśmy. Zakładałam więc przerwę nie dłuższą niż pół godziny. 
Tuż przed Spaloną było też zabawne zdarzenie tj. spotkaliśmy parę idąca przed nami, którzy zatrzymali się i mówili, że przed nimi są jakieś dziwne dźwięki. Szliśmy więc dalej razem. Jedyne czego się obawiałam to bezpańskie psy, jednak okazało się że to ...koń i on po prostu rżał ... jak to koń.
Po dojściu do Schroniska w Jagodnej dostaliśmy pyszną zupę z soczewicy. Przemek oczywiście wziął sobie piwko ale widziałam, że niezbyt dobrze się czuje. Był wyraźnie osłabiony. Zmartwiło mnie to ogromnie i było dosyć dziwne, bo mieliśmy na liczniku 30 km a takie dystanse już robiliśmy i to z pełnymi plecakami. Hmmm.
Przemek postanowił trochę przespać się. Widziałam, że parę osób też korzystało z tej możliwości. Ogromny pokłon dla Schroniska Jagodna, za dyżur nocny, pyszną zupę, ciepłą herbatę i możliwość odpoczynku. 
Moje pół godziny przerwy zmienia się w dwie godziny. Niestety Przemek nadal nie czuje się dobrze. Z zabawnych sytuacji to mój mąż zatrzasnął się w toalecie! Na szczęście udało się szybko otworzyć. Ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem w stronę Mostowic, które mylnie wzięłam za czeską miejscowość. Przemek nadal nie odzyskiwał siły i prawie z płaczem musiałam przyznać, że to koniec rajdu. Jednak od słowa do słowa uznaliśmy, że skoro ja nadal jestem w pełni sił to powinnam iść dalej, a Przemek skorzysta z "taxi", której numer telefonu dostaliśmy na początku marszu od organizatorów. Kiedy potem analizowaliśmy to osłabienie Przemka to można przypuszczać, że nastąpił u niego ogromny spadek cukru ewentualnie niezdrowe skoki po zażytym przed Jagodną żelem energetycznym. Ja jestem piechurem, który musi co chwilę coś przekąszać np co 10 kilometrów a nawet co 5. Przemek nie ma takiej potrzeby, je rzadko i większe ilości jednak tutaj na tak długiej trasie to się nie sprawdza. Trzeba stale uzupełniać węglowodany, najlepiej takie złożone, długo utrzymujące zapas energii. Żele w ostateczności. Ja na przykład miałam w kieszeni żelki i tę aronię w dekstrozie i co chwile po nie sięgałam.
Jakoś żółwim tempem dotarliśmy do Mostowic. Tam usiedliśmy koło starego kościółka i zadzwoniliśmy po taxi, a ja do kwater z prośbą o możliwość wcześniejszego zajęcia pokoju.
Wyliczyłam, że jeśli w ciągu godziny dojdę do połówki trasy, to spokojnie mam zapas czasu aby zmieścić się w limicie. Połówka był mniej więcej na Przełęczy Homoli. Taxi miała być gdzieś za 20 minut, bo własnie kierowca zabrał jakąś ekipę z Jagodnej ;-) Zabrałam od Przemka batony i resztę jedzenia i ruszyłam sama stawić czoła i uratować nasz honor. W głębi duszy martwiłam się o Przemka i odetchnęłam gdy napisał, że jest już na kwaterze. strasznie mi przykro było, że nie uda nam się razem skończyć tego marszu jednak wiem, że następnym razem będzie lepiej.
Trasa najpierw na Pod Homoli a potem na Velką Destnę to najszybciej pokonany prze że mnie odcinek oprócz początkowych kilku kilometrów. Ależ ja prawie biegłam mimo że pod górę.  Bałam się, że jestem ostatnia ;-) Szlak z Mostowic był bardzo ładny, a budzący się dzień dodawał mi energii i otuchy. W połowie drogi do Velkej Destni zauważyłam że ktoś mnie goni. Niezłe mieli tempo. Zrównali się ze mną pod znakiem na Całkiem Destnie. Też byli z Bumu. Mama z synem. Asia i Piotrek. Po chwili okazało się, że z Opola! I tak sobie szliśmy razem. To mi dodało energii, bo nie wyobrażam sobie jakbym miała tak iść cały czas sama do nikogo się nie odezwać ... a tak miałam towarzystwo nie byle jakie, bo biegaczy! Z nimi było naprawdę ciekawe przejście, czasem mnie zostawiali i biegli do przodu, potem mieli przerwę to ja ich mijałam, a czasem po prostu szliśmy razem. Pomagałam im też często w wyborze kierunku, gdyż trasę miałam zapisaną w aplikacji gps. 


Z Velkej Destny czekała nas przeprawa do Zieleńca przez Małą Destnę. Do Zieleńca schodziliśmy dobrze znanym z nart - szlakiem niebieskim - takimi fajnymi zakosami. Potem ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Bieśca i pierwszego etapu oznakowanego poza szlakami. Tutaj zaczęłam czuć pierwsze zmęczenie. Cieszyłam się, że jestem po połowie ale jednak jeszcze 1/3 trasy przed mną. Trasa na Bieśca była całkiem fajnie oznakowana, a sam szczyt zalesiony. Tak wygląda ze mną i moimi chyba już zmęczonymi oczami ;-)
Zrobiliśmy sobie małą przerwę na jedzenie i dalej ruszyliśmy na torfowiska. Torfowiska są przepiękne ale gdy człowiek już czuje zmęczenie po 50 kilometrze to ciężko się zachwycać, wchodzić na wieżę i punkty widokowe. Na torfowiskach czekał na nas 3 bufet. Za to jaki - przepyszne bułeczki, babeczki z owocami i woda. Musiałam uzupełnić zapas w bukłaku. Woda przydała się: na podejściu do Zieleńca ( w ostrym słońcu) i potem dalej na Szlak graniczny, gdzie nagle nie wiadomo skąd napłynęły chmury ... deszczowe. I dlaczego ja się dziwię? Nieraz było już tak na nartach: piękne słoneczko  i nagle chmury wiatr i parę stopni mniej. Przed Zieleńcem dogoniliśmy dwie dziewczyny, z którymi przez chwilę szliśmy. Potem one zostały z tyłu.
Zanim przyszły wspomniane chmury, trudy wędrówki łagodziły nam piękne widoki, które też znam z nart. Latem Zieleniec jest równie piękny:

Autorka: Joanna
Autorka Joanna
Przejście szlakiem granicznym do Orlicy jest przyjemniejsze, zaczyna lekko padać deszcz, ale jest bardziej płasko. Mamy kolejny etap gdzie musimy się kierować oznaczeniami BUMu. Mijamy szczyty: Orlicę, Graniczną, schodzimy do parkingu a potem Sołtysia Góra. Mniej więcej tutaj Asia z Piotrem zostawiają mnie i biegną, bo jeszcze sił im zostało. Za Sołtysią Górą mijają mnie też panowie, których widzieliśmy w Zieleńcu jak mieli przerwę na piwku. A w mojej głowie tylko jedna melodia "dam radę". Na rożne tony: tanga, polki, irlandzkiego punku ;-)
Muszę jeszcze jedno opowiedzieć, po tym jak rozstaliśmy się z Przemkiem w Mostowicach, wymieniliśmy się jeszcze paroma smsami, jednak po stronie czeskiej coś pokombinowałam z ustawieniami i nie mogłam się zalogować do sieci, nawet po zejściu do Zieleńca na stronę polską. Więc nie mogłam wysłać żadnej informacji Przemkowi. On natomiast nie miał kontaktu ze mną. Po małej drzemce, gdy próbował się skontaktować ze mną, otrzymał tylko informację, że jestem poza dostępem. A ja zamiast uruchomić telefon od nowa, to tkwiłam tak bez zasięgu. Dopiero gdy telefon mi się rozładował, podłączyłam go do powerbanka i włączyłam z powrotem. Udało się, miałam zasięg. Od razu skontaktował się ze mną zmartwiony i zaniepokojony Przemek. Było to gdzieś przed Ponderozą. Opowiedział mi jak kontaktował się z organizatorką czy dotarłam do 3 punktu z bufetem i zarazem kontrolnego, bo na każdym punkcie osoby, które dotarły były odhaczane i musiały się podpisać. Był mocno zaniepokojony, gdy się nie odzywałam, a moja komórka była ciągle poza siecią.  Ale już za chwilę, do godziny, miałam być w Muflonie, tam też się umówiliśmy, że będzie na mnie czekał.
Za Ponderozą czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Zejście starą skocznią narciarską. Że też mi nie przyszło na myśl, że to może być dosyć mocno nachylony stok.  Przecież czytałam o tym, że była tu kiedyś skocznia! No gdzie tam! Żebyście widzieli moje zaskoczenie! No i wtedy już sobie nieźle zaklęłam, bo jak widziałam to zbocze, z luźną ziemią wydeptane przez kilkadziesiąt wcześniejszych nóg i stóp, to chyba bym wolała zeskoczyć na tych nartach. Pociechy dostarczyła mi trochę figura skoczka. Jakiś taki poczciwy ten Pan był i jakby dodał mi otuchy. Kolana krzyczały "nie" rozum krzyczał: "nie maż się, dasz radę". Serce krzyczało "usiądź na chwilkę, tutaj koło skoczka" ;-). Jakoś zeszłam nawet nie zaliczając gleby.
Deszcz rozpadał się na całego. W sumie nawet nie mogłam za bardzo podziwiać Podgórza. Zbyt duże zmęczenie, deszcz. Szłam po prostu na autopilocie. A czekało mnie jeszcze podejście do Muflona. W takich chwilach ratuje myślenie o tym, że już za chwilę, za chwileczkę. Nogi i stopy bolały mnie i marzyły o odpoczynku. Nawet teraz, gdy piszę o tym, czuje ten ból, ale wiecie co najbardziej czuję? Radość i niesamowite wzruszenie, gdy na mecie widzę, że czekają na mnie, że witają mnie odgłosem wuwuzeli i jest pięknie. Ta radość, że czeka na mnie Przemek. Medal dostaję od Moniki. Naprawdę w takich chwilach łzy napływają do oczu. I pamiętam te uczucia nawet trzy miesiace później. 
 Tak nie mylicie się, ostatnie koki biegłam ;-)
Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal
Zdjęcie z Moniką.
Autor zdjęcia: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal

 I to by było na tyle. Na dole macie mapę przejścia i gpx. I mój medal. Zdjęcia zrobione już w niedzielę po przespanej nocy. W sobotę po marszu wypiłam jeszcze symboliczne małe piwko. Ale od razu poprosiłam o ciepła herbatę, bo jednak zmęczenie powodowało, że odczuwałam zimno, a deszcz przez ostatnią godzinę też spowodował wyziębienie.

Czy miałam zakwasy? Pewnie, że tak ale jednocześnie byłam mile zaskoczona, bo właściwie w poniedziałek byłam już zregenerowana, natomiast w niedzielę, przyznaję - miałam problem z chodzeniem. Jednakże i tak mam ochotę na następny marsz. A za rok obowiązkowo BUM - III edycja ;-)

Autor grafiki: organizator BUM -  Podgórze - Kohlauer Tal






niedziela, 14 kwietnia 2019

Tatry koncertowo 12-14.04.2019

Pomysł na koncert zespołu Dom o Zielonych Progach z cyklu W górach jest wszystko co kocham planowaliśmy już od dawna. Jednak zawsze była jakaś przeszkoda albo termin kolidujący albo brak miejsc w schronisku do spania albo inna wymówka, mimo iż takich nie powinno być. W lutym jednak zaparłam się i w momencie jak pojawiła się informacja o kolejnym koncercie, szybko napisałam do schroniska z pytaniem o wolne miejsca noclegowe. Odpowiedź była twierdząca więc zarezerwowałam 4 miejsca noclegowe. Szybki telefon do przyjaciół czy reflektują. Odpowiedź twierdząca, więc kupiliśmy 4 bilety i wszystko zostało załatwione w ciągu jednej doby ;-) Oczywiście od razu pomyślałam, że skoro koncert jest o godzinie 20 tej to coś trzeba zrobić z tym czasem szkoda wolnej soboty ... szybka decyzja, że jedziemy w piątek po pracy a w sobotę rano idziemy w góry - w sensie Tatry, gdyż - czego nie wyjaśniłam na początku - koncert miał się odbyć w Schronisku na Polanie Głodówka w Tatrach. na potrzeby miejsca jednorazowo nawet zmieniono nazwę koncertu na: W Tatrach jest wszystko co kocham ;-) Poprosiliśmy jeszcze o nocleg z piątku na sobotę i wystarczyło tylko wymyślić trasę. biorąc pod uwagę opady śniegu tej zimy, w kwietniu w wyższych partiach na pewno będzie jeszcze śnieg. Nie chciałam się ograniczać tylko do dolin. Głodówka leży blisko Łysej Polany ale nad morskie oko nie miałam ochoty iść. W głowie zaświtała mi Gęsia Szyja i Rusinowa Polana z pięknymi panoramami Tatr. Kółeczko rozszerzyliśmy jeszcze o schronisko w Roztoce, które tak bardzo polubiliśmy w czasie zeszłorocznej wyprawy tatrzańskiej. Tak więc plan był. W razie niesprzyjających warunków trasę można było skrócić. Po raz kolejny rewelacyjnie czułam się w roli organizatora. Ech minęłam się z powołaniem ... :-) Trzeba było zostać przewodnikiem.
Jak zaplanowaliśmy tak zrobiliśmy. Co prawda z małymi przygodami ale dotarliśmy do Głodówki o 21 w piątek. Mgła była okrutna ale droga nie była skomplikowana. Posiedzieliśmy chwilkę. Prognozy od paru dni zapowiadały załamanie pogody i w piątek zaczął w górach sypać śnieg, który też nam towarzyszył od Krakowa do Rabki, a potem zaczęły się mgły. ryzyko nieprzyjemnej pogody na sobotę było duże aczkolwiek na moim ulubionym serwisie Meteoblue prognoza wydawała się bardziej optymistyczna. Opady miały być sporadyczne i przelotne. W sobotę po zjedzeniu śniadania postanawiamy ruszyć w drogę. Podjeżdżamy do parkingu Wierch Poroniec i stamtąd ruszamy Oczywiście panowie parkingowi stali na parkingu i skasowali 25 zł za całodzienny bilet. nie wiem ile potem jeszcze przyjechało samochodów ale jak schodziliśmy to były 3. Więc nie jestem pewna czy w takie dni opłaca się im być na tym parkingu. Poprzedni weekend był słoneczny i ciepły to wtedy rozumiem, że ruch jest duży.
Ruszamy leśnym szlakiem na Polanę Rusinowa. Jest pochmurno ale nie pada. W lesie jest cicho i spokojnie. Podoba nam się ta cisza i spokój. Szybko się rozgrzewamy marszem ale nie rozmawiamy zbyt wiele. następuje jakaś taka wewnętrzna kontemplacja tego spokoju, ciszy. Jakby świat się zatrzymał.







Na Polanie jak widać też nikogo nie ma oprócz nas. Jednak, gdy ruszamy na Gęsią po chwili mija a nas osoby a my doganiamy innych.
Zatrzymuję się co jakiś czas by podziwiać i zrobić zdjęcia formom jakie ukształtował mróz.





Podejście na Gęsią Szyję jest zdrowe. Rozgrzani i z uśmiechem docieramy do pierwszych skałek.
Na szczycie całkiem spora grupa. Parę zdjęć, parę przekąsek i ruszamy dalej.




Schodzimy w Dolinę Roztoki.

Mniej więcej na wysokości tego wiatrołomu jak poniżej za Polaną pod Wołoszynem zauważyliśmy, że z przeciwka ktoś zmierza w naszą stronę. I bliżej ta osoba była tym większe było nasze zdziwienie. Gdy mężczyzna zrównał się z nami doszłam do wniosku że jest turystą z Azji. I nie myliłam się. Spytał się nas po angielsku czy tedy dojdzie do Morskiego Oka. Hmmm jak to się stało, że zboczył na ten szlak nie wiem. W każdym razie wyjaśniliśmy mu, że musi się wrócić. Jego buty nie były w ogóle przeznaczone na zaśnieżone szlaki górskie, tym bardziej jego bardzo miejska kurtka.


Dochodzimy do Drogi do Morskiego Oka i do Wodogrzmotów Mickiewicza. Wyglądają inaczej niż w letnie pory roku. Wyglądają cudownie.

I nasze Eldorado czyli Schronisko w Roztoce.
Spędzamy tu prawie dwie godziny. Jest rozkosznie ciepło, a jedzenie przepyszne. Żurek palce lizać. I pierogi z kaszą. Mmmm niebo w gębie. To schronisko jest dla mnie numer jedne na kulinarnej mapie górskich polskich schronisk. Tuż obok Schroniska na Turbaczu.
Kiedy wychodzimy z powrotem na szlak pada śnieg, pięknie sypie ogromnymi płatkami śniegu,. Jest bajecznie.




I znowu wracamy na Rusinową Polanę. Musimy tu wrócić kiedyś zobaczyć te bajeczne widoki.





Kiedy przyjeżdżamy do schroniska wita nas rudy przyjaciel. To dziwne jak dzikie zwierzęta przyzwyczaiły się do człowieka. Lisio siedział dokładnie naprzeciwko drzwi prowadzących do kuchni schroniska - wiedział gzie siedzieć. Na szczęście, gdy się zbliżyliśmy to uciekał.



Wieczorny koncert był przewspaniały. Wzruszający, radosny. Cieszę się, że mogłam w nim uczestniczyć. Każdy z muzyków z zespołu jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Głos Agaty, charyzma i taka nostalgia Wojtka, jakiś taki wewnętrzny zen kontrabasisty, żywiołowość gitarzysty i ekspresja skrzypka. I te piosenki pełne marzeń, miłości, czasem z dowcipem.
i takie prawdziwe:
"Zostanie tyle gór ile udźwignąłem na plecach
Zostanie tyle drzew ile narysowało pióro..."

Sala dala się porwać i my śpiewaliśmy ze wszystkimi ot taka magia koncertu.
Oczywiście after party też było. Sporo osób z gitarami i te śpiewy przy piwku.